Każdy z nas ma w sobie coś z masochisty

Zaobserwowałem to bardzo dziwne zjawisko już jakiś czas temu, ale dopiero niedawne wybicie się na szczyt popularności pewnej gry dało mi do myślenia.
Ludzie po prostu uwielbiają się męczyć. Nie dla jakiegoś szczytnego celu (choć nie umniejszam tym, którzy faktycznie robią to z takich pobudek), nie dla konkretnej korzyści. Robią to dla przyjemności.

Spytacie „jak to?”, „po co?” i „dlaczego”? Dobre pytania. Czytajcie dalej.

Na przykładzie właśnie tej piekielnie prostej, a jednocześnie szalenie wciągającej, zrodzonej w chorym umyśle jej twórcy gry można zaobserwować idealnie to ciekawe zjawisko. Gry, której już w żadnym sklepie nie ma, bo autor wycofał ją, gdyż, uwaga, „dłużej już tak nie może”. Chodzi mu prawdopodobnie o nawał prasy, która po sukcesie rzuciła się na niego jak wygłodniałe wilki. Dla mnie słabe wytłumaczenie – obstawiam raczej prawników od Nintendo, którym nie podobały się rury z Mario nie w Mario.
Wracając do tematu. Właśnie ta prosta, budząca już teraz tak wiele różnych reakcji na świecie gra, potwierdza założenie tytułu. Pobrało ją od 10 do 50 milionów osób. Co najmniej 600 tys. oceniło. Oznacza to w skrócie, że jej zasięg jest gigantyczny.

Na czym owa niewinna gra polega? Podejrzewam, że większość z Was i tak dobrze wie na czym. W skrócie mniej więcej na podnoszeniu ciśnienia osoby grającej. Mniej w skrócie na przelatywaniu bardzo niezgrabnym ptaszkiem między „kominami” czy też „rurami” tak, aby ich nie dotknąć. Dotknięcie równoznaczne jest ze śmiercią ptaszka i głośnym przekleństwem (oczywiście osoby grającej).

Drugim dobrym przykładem (skoro już o Mario i Nintendo mowa) będzie, zapewne niektórym znane, Unfair Mario. To jest gra, przy której można z całą pewnością stracić nerwy. A przynajmniej ja sam straciłem. Sama nazwa wskazuje co to za kategoria rozrywki. Plansze budowane na styl tych z oryginalnego Mario najeżone są setkami poukrywanych pułapek, które aktywuje się w przeróżny, najczęściej zupełnie niespodziewany sposób.

Nie potrafiłem zrozumieć na czym polega ewenement tych gier, który powoduje, że mimo, iż wyzwalają w człowieku chęć rzucenia urządzeniem przez okno, wciągają tak mocno, że niektóre wielkie produkcje konsolowe mogą się schować. I wtedy mnie olśniło. Cóż, może nie olśniło, ale dostałem lekkiego objawienia związanego z gatunkiem „rage games”. Wszystko to działa na tej samej zasadzie co malutki, kłapczący ciężko skrzydełkami ptaszek – rzuca nam wyzwanie. Kto dotrze dalej, kto pokona zaprojektowany przez szaleńca labirynt pułapek, w które gracz ma wpaść. I wpada. Zaczyna od nowa. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Aż do zbydlęcenia. Pod koniec rozgrywki jego ciśnienie oscyluje na poziomie 150/110.

A jednak siedzimy przy nich męcząc się, żeby przejść kolejne poziomy, zdobyć kolejne punkty, za każdy z nich płacąc kępką nowych siwych włosów na głowie. Wszystko to tylko po to, żeby przechytrzyć twórcę, pokonać system, wygrać niemożliwą do przejścia produkcję. I zamęczamy się czerpiąc z tego przyjemność.