Matura? I co z tego?

Dzień przed pierwszą maturą. Co ja gadam. W momencie pisania tego zdania to już tylko 11 godzin. Moja pierwsza moja myśl: I co z tego? Niczego więcej się już nie nauczę, niczego więcej nie wpoję do tego przymkniętego już na wiedzę tydzień po zakończeniu roku szkolnego umysłu, czasu nie cofnę, błędów nie naprawię. Więc po co rozpaczać?

Widzę teraz prawie wszędzie ludzi, którzy płaczą, że jeszcze się uczą, że oni już nie mogą, że parę godzin do matury, a oni wciąż kują. Tylko po co? Głowa pusta pustą pozostanie, a do niepustej więcej już się nie wleje.

Zwłaszcza, że wynik każdej matury nie jest jedny i ostateczny. Nie zdasz? Nie ma tragedii – masz poprawki. Nie zdasz poprawki? Możesz podejść jeszcze raz. Zdasz niesatysfakcjonująco? Próbować podnieść swoje procenty można co roku, z każdego przedmiotu. Więc po co rozpaczać?

Nie lepiej dać sobie spokój na te 24 godziny przed? Pozwolić odpocząć umysłowi, uporządkować sobie to wszystko co w nim wylądowało przez 3 lub 4 lata nauki?

24 godziny na błogie rozmyślanie „co po maturze” – jak spędzić najdłuższe wakacje życia, gdzie wyjechać, gdzie ewentualnie pójść do pracy, co zwiedzić, jak zająć sobie ten czas przyjemnościami.

24 godziny przed maturą to czas na relaks. I niniejszym się relaksuję.

10 godzin do matury. Powodzenia wszystkim maturzystom!